Razem z moja ukochaną klasą 5b prowadzoną przez ich wspaniałą wychowawczynię panią Ewę Daniluk oraz klasą 5a, którą opiekowała się nie mniej wspaniała pani Danuta Szczurko ruszyliśmy raźnie na krótki spacerek, którego celem był mieszczący się przy alei Solidarności teatr Kamienica. Ta znajdująca się w cudem ocalałym przedwojennym budynku Świątynia Muz prowadzona przez niesamowitego Emiliana Kamińskiego od zawsze zachwycała mnie swoimi wysmakowanymi wnętrzami i ciekawym, acz raczej rozrywkowym repertuarem. Byłam więc przygotowana na sympatyczną inscenizację, chociaż zastanawiałam się, czy reżyserowi, Karolowi Stępkowskiemu udało się znaleźć ciekawy sposób, by przenieść na deski teatru tę doskonałą, acz nieco wyeksploatowaną powieść jaką jest niewątpliwie „Ania z Zielonego Wzgórza”.
Już na wejściu powitał nas plakat, na którym płonęła czerwona czupryna niesfornej Ani, a w jej oczach błyszczały figlarne iskierki. Zdawszy swoje wierzchnie okrycia grzecznie udaliśmy się na salę. Na szczęście obyło się bez scen „A-ja-nie-chcę-z-nimi-siedzieć” – w ogóle trzeba przyznać, że nasza niemal młodzież zachowywała się wspaniale. Może to zasługa lektury Misia Paddingtona?
Zajęliśmy swoje miejsca i musieliśmy chwilę poczekać, nim na sali zrobiło się całkiem ciemno, a odgłosy pędzącej lokomotywy i gwarnego peronu przeniosły nas na Wyspę Księcia Edwarda. Potem naszym oczom ukazało się Zielone Wzgórze. Trzeba przyznać, że pomysł Małgorzaty Grabowskiej-Kozery na scenografię był ciekawy – chociaż nie powalał przepychem. Tłem gry aktorskiej była panorama zielonej, rozległej łąki, na scenie zaś (a nawet nieco poza sceną) poustawiano śliczne meble z dawnej epoki – kredens, stół i łóżko (umieszczone na podwyższeniu symbolizowało pokój na poddaszu) oraz szafę. Zręczne wygaszanie i rozświetlanie prawej lub lewej strony sceny przenosiło nas symbolicznie do różnych pomieszczeń domu Cutberthów. Gra świateł była też ważna przy sygnalizowaniu przejścia do kolejnych scen – sala pogrążała się w ciemności, rozlegała się muzyka lub znaczące dźwięki i oto przenosiliśmy się w czasie, by poznać kolejne perypetie niesfornej Ani.
Co do obsady – była minimalistyczna jak scenografia. Na scenie zobaczyliśmy wspaniałą Marylę (Katarzyna Skarżanka), apodyktyczną, acz sympatyczną Małgorzatę (Anna Zagórska), miłego, nieśmiałego Mateusza (Witold Bieliński) i rozchichotaną Dianę (Izabela Gwizdak). Pierwsze skrzypce grała naturalnie panna Shirley – w tej roli żywiołowa Olga Sarzyńska.
Czy Ania w jej wykonaniu przypadła mi do gustu? Sama nie wiem. Z jednej strony aktorka potrafiła oddać niespokojnego ducha odgrywanej przez siebie postaci – tryskała energią i optymizmem, ale… No właśnie, ale. Ania przez nią stworzona to typ chłopczycy-łobuziary. Owszem, bohaterka powieści była niesamowicie gadatliwa, psotna i egzaltowana, ale zabrakło mi w niej dyskretnego liryzmu – tej jak dla mnie ważnej części natury Ani. Kiedy zachwyca się przyrodą, kiedy się modli – gdzieś umknęło to „coś”, ta wrażliwość i poezja, gorące, czułe, wrażliwe, a przecież mocno zranione serce.
Niemniej uważam, że aktorom należały się zgotowane im na koniec gromkie brawa – zadanie bowiem mieli niełatwe. Mam nadzieję, że wychowawcy, którzy zdecydowali się pójść na tę sztukę z młodszymi dziećmi, czują choć minimalne wyrzuty sumienia… Spektakl, w którym wszystko opierało się na dialogach, nie porwał wprowadzonych na widownię maluchów - nudziły się, biły, zachowywały głośno i niestosownie, bardzo utrudniając skupienie się na spektaklu. Cóż, mankamenty przychodzenia na spektakle w czasie trwania lekcji. A z drugiej strony – spora część młodych widzów dała się porwać inscenizacji – reagowała na przygody Ani głośnym śmiechem, wstawała, by lepiej coś zobaczyć – na swój sposób było to urocze.
Po przedstawieniu odstaliśmy swoje w kolejce po wierzchnie okrycia i podreptaliśmy do szkoły z małą przerwą na zakupienie czegoś słodkiego w pobliskiej piekarni. Nasi uczniowie byli rozgadani i raczej zadowoleni, tak więc nasze wyjście mogę uważać za udane. Szczególne oklaski należą się klasie 5b i pani Daniluk, bowiem wszyscy uczniowie ubrali się odświętnie – nauka savoir vivre nie poszła w las!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz