niedziela, 15 maja 2016

Białowieska Metamorfoza

Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich Czytelników i pozwalam sobie zaprezentować moje ostatnie opowiadanie pt. "Białowieska Metamorfoza". Mam nadzieję, że uroczy klimat Białowieży w połączeniu z ciekawą fabułą opowiadania  spodobają się Drogim Czytelnikom.
JAKUB GUTOWSKI 
BIAŁOWIESKA METAMORFOZA


Chciałbym opowiedzieć ciekawą historię, która z pewnością niejednego zainteresuje. Zdarzyła się ona kilka lat temu, podczas zimy. Może wydawać się, że to, o czym za chwilę przeczytacie, drodzy czytelnicy, to jakieś wymysły niemające nic wspólnego z prawdą. Jest jednak inaczej.
***

Żył sobie w Warszawie pan Eugeniusz Pospieszny. Ten czterdziestodwulatek pracował w warszawskim oddziale wielkiej międzynarodowej korporacji komputerowej, jaką była IBM. Wstawał więc codziennie rano i jak zwykle przyjeżdżał do pracy swoim luksusowym mercedesem.

Niestety, nie można było nazwać naszego bohatera człowiekiem pracowitym. Wręcz przeciwnie. A na domiar złego niekulturalnie, oj, bardzo niekulturalnie odnosił się do innych. Dlatego też zapewne nie miał wielu przyjaciół ani znajomych.
Pewnego ranka, a było to 3 lutego w czasie ferii gdy, jak mówił „mniej dzieciaków szwendało się po mieście"– przybył do pracy spóźniony. Krzyczał na podwładnych, wylał kubek gorącej kawy, potknął się, idąc po śliskiej podłodze. Gdy przechodził korytarzem w pobliżu gabinetu swojego przełożonego, nie mógł wytrzymać i, nabrawszy powietrza szybkim haustem, wtargnął do pokoju kierownika krzyknął:
Mam tego dość! Proszę o urlop!
Skonsternowany dyrektor najpierw zdziwił się, że jego pracownik tak się odzywa do szefa, a później odpowiedział:
Po pierwsze, tak się nie mówi do przełożonego! Po drugie – zauważyłem, że od ostatniego czasu dziwnie się pan zachowuje, panie Pospieszny. Po trzecie – uważam, że rzeczywiście p o w i n i e n pan pójść na urlop. Daję panu… zamyślił się – cały tydzień. Od jutra.
Zdziwiony taką odpowiedzią szefa, pan Eugeniusz prędko podziękował i wyszedł z gabinetu.
***

Następnego dnia, 4 lutego, nasz bohater był już w drodze do… Białowieży. Wybrał akurat tę miejscowość, ponieważ myślał, że nie będzie tam zbyt dużo „nieznośnych dzieciaków” i ludzi. Poprzedniego dnia zdążył jeszcze zarezerwować jednoosobowy pokój w hotelu Puszcza i żubry.
Dotarł tam około godziny 12.00. Zmęczony – według niego – „niewygodną drogą”, wziął bagaż i wszedł do hotelu. Pobrał klucze, odwiedził swój pokój i popędził do restauracji, aby zjeść obiad. Nie miał w zwyczaju ani jeść śniadania, ani myć często rąk (sic!). Toteż udał się do jadalni i tam skonsumował obiad.
Gdy zaspokoił przemożny głód (od rana nie nie miał niczego w ustach), powrócił do swojego pokoju. Tam napotkała go przykra niespodzianka – hotelowy Internet nie działał.
Co pani sobie wyobraża?! Co to ma znaczyć?! – krzyczał do recepcjonistki, która ledwie oderwała wzrok od komputera. Kobieta o jasnych włosach spokojnie odrzekła:
Nie rozumiem pańskiego pytania, panie… e… - nie musiała długo czekać, ponieważ stojący naprzeciwko niej pan Eugeniusz drżał już z wściekłości i odpowiedział głośno:
Pospieszny!!! Internet w pokoju nie działa!!! Rozumie pani?! N i e  d z i a ł a  I n t e r n et!!! Ta cudowna, magiczna rzecz, która j e s t mi w tej chwili wyjątkowo potrzebna!!!
Pani Agata, bo tak zwała się pracowniczka hotelu, odparła znowu swoim przepełnionym spokojem głosem: „To prawda. Istotnie nasza hotelowa sieć internetowa przestała działać dwa dni temu. Informatyk ma przybyć dziś wieczorem.”
Nie, to jest skandal!!! Słyszy pani? Nie mogę uwierzyć, że... – urwał w połowie zdania.
Ależ to nie skandal! – dało się słyszeć odpowiedź Agaty Japońskiej. Kobieta dodała jeszcze nieśmiało: W razie czego można skorzystać z… LTE.
- Bzdura! – wrzasnął pan Pospieszny i, odwróciwszy się na pięcie, poszedł w kierunku windy. Nagle zauważył przy schodach wysokiego mężczyznę trzymającego olbrzymi plakat z napisem: „WYCIECZKI PO PUSZCZY. CIEKAWE MIEJSCA, PRZYSTĘPNE CENY. ZBIGNIEW NIEŻUBRZYK, ZAPRASZAM.”
Ciekawe, kto to może być?”, myślał zdziwiony warszawiak. Postać bruneta o niebieskich oczach zdała mu się być zupełnym przeciwieństwem jego własnej. On, ten białowieżanin, taki wysoki – pan Eugeniusz pochylony. Zbigniew Nieżubrzyk tryskał energią i wigorem, widać było na jego twarzy uśmiech i zadowolenie; Pospieszny szedł wolnym, opieszałym krokiem, na jego fizis malował się gniew. „Miło byłoby żyć tu, w Białowieży, nie trzeba byłoby wstawać rano do pracy, krzyczeć na tych wszystkich ludzi z IBM-u.” – taka myśl przemknęła warszawiakowi przez umysł. Trwało to jednak tylko chwilę: „W Warszawie to jest prestiż i są pieniądze, a tu – w Białowieży – nic.”
Trzeba jednak przyznać, że jakiś cichy, niemal niesłyszalny głos przemówił do osoby pana Pospiesznego. „Muszę poznać tego Nieżubrzyka” – pomyślał.

***

5 dnia lutego Gienio (tak nazywano naszego bohatera w pracy; dodawano jeszcze ksywkę „Pędziwiatr”, od nazwiska) wstał wcześnie, o godzinie 5.00. Można pomyśleć: komu chciałoby się wstawać o takiej godzinie na urlopie? Pospieszny był śpiochem, lecz t a m t e g o ranka, powtarzam: wstał wcześniej. Dlaczego? Próżno szukać odpowiedzi.
Ubrawszy się, zszedł, a nie zjechał windą, jak zwykle; na dół, do recepcji. Pracowała tam inna pani. Tym razem była to Halina Toronto, czarnowłosa kobieta nosząca okulary. Jeszcze spała po nocnej zmianie.
Halo! Szybko! – obudził ją Eugeniusz Pospieszny. Czuł, że każda chwila się liczy.
Co się dzieje? – zapytała pani Halina. – Czemu ludzie nie dają się człowiekowi zdrzemnąć?!
Zaraz będzie pani mogła spać do jutra, błagam tylko o załatwienie jednej sprawy! – powiedział przymilnym, jakże innym od codziennego szorstkiego, głosem. – Jedna sprawa!
O co chodzi?
Ten człowiek, jak on się nazywał… Pan Nieżubrzyk, zdaje mi się. Kiedy on się tu pojawi?
Najwcześniej o 8.30. A dlaczego się nim pan tak interesuje?
Hm… Chciałem pójść na wycieczkę… Czy mogę się zapisać?
Oczywiście. Proszę bardzo – wskazała kartkę leżącą na blacie.
***
Po 9.30 wydarzenia potoczyły się szybko. Przyszedł pan Nieżubrzyk, Pospieszny zameldował się u niego, doszły inne osoby; wyruszyli. W puszczy przemierzyli dość spory odcinek. Droga wiodła przez gąszcze, olsy i kurhany. Pan Eugeniusz czuł się wspaniale, doskonale, cudownie. Nie wystarczy określeń dla tamtego stanu. Serce biło mu szybko. Co chwilę stawał i fotografował drzewa, zwierzęta, rzeczki, bagna, kamyki… Grupie udało się zaobserwować niezwykle rzadkiego w Polsce dzięcioła trójpalczastego. Zbigniew Nieżubrzyk, jak się później okazało, z wykształcenia biolog, snuł fascynujące opowieści o otaczającej ich przyrodzie. Mówił o Puszczy Białowieskiej, tłumaczył zasady działania ekosystemu… A przy tym opowiedział kilka zabawnych anegdot i ciekawostek historycznych. Podczas wyprawy nie było nawet czasu na złą myśl, na złorzeczenie, przekleństwo… Wszystko stawało się lepsze, bezpieczniejsze, milsze… Pan Eugeniusz nie mógł tego zrozumieć, ale należy to głośno powiedzieć: Eugeniusz Pospieszny doświadczył w Białowieży metamorfozy.
Powrót okazał się nader ciekawy. Warszawiak cieszył się jak dziecko z każdego, byle błahego powodu. Poczuł się jeszcze lepiej, niż w trakcie pierwszych kroków w Parku Narodowym. I choć wszedł kilka razy w błoto, to wcale się nie rozgniewał.

***
Zbliżał się czas odjazdu. Zmieniony człowiek pożegnał się z pracownikami hotelu i innymi gośćmi hotelowymi. I choć na początku denerwował się, że w hotelu nie ma Internetu, to, mimo że nie udało się go przywrócić w ciągu tygodnia, pan Eugeniusz nie gniewał się. Był po prostu, co tu kryć, inny. Kiedy znów zaczął pracować w IBM, wszyscy mówili, że się zmienił na lepsze. Odnosił się kulturalnie do innych, nie krzyczał….
I oto dobiegamy końca historii, zwanej Białowieską Metamorfozą.

©Jakub Gutowski 2016


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz