JAKUB GUTOWSKI
BIAŁOWIESKA METAMORFOZA
Chciałbym opowiedzieć ciekawą historię, która z pewnością niejednego zainteresuje. Zdarzyła się ona kilka lat temu, podczas zimy. Może wydawać się, że to, o czym za chwilę przeczytacie, drodzy czytelnicy, to jakieś wymysły niemające nic wspólnego z prawdą. Jest jednak inaczej.
***
Żył
sobie w Warszawie pan Eugeniusz Pospieszny. Ten czterdziestodwulatek
pracował w warszawskim oddziale wielkiej międzynarodowej korporacji
komputerowej, jaką była IBM. Wstawał więc codziennie rano i jak
zwykle przyjeżdżał do pracy swoim luksusowym mercedesem.
Niestety,
nie można było nazwać naszego bohatera człowiekiem pracowitym.
Wręcz przeciwnie. A na domiar złego niekulturalnie, oj, bardzo
niekulturalnie odnosił się do innych. Dlatego też zapewne nie miał
wielu przyjaciół ani znajomych.
Pewnego
ranka, a było to 3 lutego w czasie ferii –gdy,
jak mówił „mniej dzieciaków szwendało się po mieście"–
przybył do pracy spóźniony. Krzyczał na podwładnych, wylał
kubek gorącej kawy, potknął się, idąc po śliskiej podłodze.
Gdy przechodził korytarzem w pobliżu gabinetu swojego przełożonego,
nie mógł wytrzymać i, nabrawszy powietrza szybkim haustem,
wtargnął do pokoju kierownika krzyknął:
– Mam
tego dość! Proszę o urlop!
Skonsternowany
dyrektor najpierw zdziwił się, że jego pracownik tak się odzywa
do szefa, a później odpowiedział:
– Po
pierwsze, tak się nie mówi do przełożonego! Po drugie –
zauważyłem, że od ostatniego czasu dziwnie się pan zachowuje,
panie Pospieszny. Po trzecie – uważam, że rzeczywiście p o w i n
i e n pan pójść na urlop. Daję panu… –
zamyślił się – cały tydzień. Od jutra.
Zdziwiony
taką odpowiedzią szefa, pan Eugeniusz prędko podziękował i
wyszedł z gabinetu.
***
Następnego
dnia, 4 lutego, nasz bohater był już w drodze do… Białowieży.
Wybrał akurat tę miejscowość, ponieważ myślał, że nie będzie
tam zbyt dużo „nieznośnych dzieciaków” i ludzi. Poprzedniego
dnia zdążył jeszcze zarezerwować jednoosobowy pokój w hotelu
Puszcza i żubry.
Dotarł
tam około godziny 12.00. Zmęczony – według niego – „niewygodną
drogą”, wziął bagaż i wszedł do hotelu. Pobrał klucze,
odwiedził swój pokój i popędził do restauracji, aby zjeść
obiad. Nie miał w zwyczaju ani jeść śniadania, ani myć często
rąk (sic!). Toteż udał się do jadalni i tam skonsumował obiad.
Gdy
zaspokoił przemożny głód (od rana nie nie miał niczego w
ustach), powrócił do swojego pokoju. Tam napotkała go przykra
niespodzianka – hotelowy Internet nie działał.
–
Co
pani sobie wyobraża?! Co to ma znaczyć?! – krzyczał do
recepcjonistki, która ledwie oderwała wzrok od komputera. Kobieta o
jasnych włosach spokojnie odrzekła:
–
Nie
rozumiem pańskiego pytania, panie… e… - nie musiała długo
czekać, ponieważ stojący naprzeciwko niej pan Eugeniusz drżał
już z wściekłości i odpowiedział głośno:
– Pospieszny!!!
Internet w pokoju nie działa!!! Rozumie pani?! N i e d z
i a ł a I n t e r n et!!! Ta cudowna, magiczna rzecz,
która j e s t mi w tej chwili wyjątkowo potrzebna!!!
Pani
Agata, bo tak zwała się pracowniczka hotelu, odparła znowu swoim
przepełnionym spokojem głosem: „To prawda. Istotnie nasza
hotelowa sieć internetowa przestała działać dwa dni temu.
Informatyk ma przybyć dziś wieczorem.”
– Nie,
to jest skandal!!! Słyszy pani? Nie mogę uwierzyć, że... –
urwał w połowie zdania.
–
Ależ
to nie skandal! – dało się słyszeć odpowiedź Agaty Japońskiej.
Kobieta dodała jeszcze nieśmiało: –
W
razie czego można skorzystać z… LTE.
-
Bzdura! – wrzasnął pan Pospieszny i, odwróciwszy się na pięcie,
poszedł w kierunku windy. Nagle zauważył przy schodach wysokiego
mężczyznę trzymającego olbrzymi plakat z napisem: „WYCIECZKI PO
PUSZCZY. CIEKAWE MIEJSCA, PRZYSTĘPNE CENY. ZBIGNIEW NIEŻUBRZYK,
ZAPRASZAM.”
„Ciekawe,
kto to może być?”, myślał zdziwiony warszawiak. Postać bruneta
o niebieskich oczach zdała mu się być zupełnym przeciwieństwem
jego własnej. On, ten białowieżanin, taki wysoki – pan Eugeniusz
pochylony. Zbigniew Nieżubrzyk tryskał energią i wigorem, widać
było na jego twarzy uśmiech i zadowolenie; Pospieszny szedł
wolnym, opieszałym krokiem, na jego fizis malował się gniew. „Miło
byłoby żyć tu, w Białowieży, nie trzeba byłoby wstawać rano do
pracy, krzyczeć na tych wszystkich ludzi z IBM-u.” – taka myśl
przemknęła warszawiakowi przez umysł. Trwało to jednak tylko
chwilę: „W Warszawie to jest prestiż i są pieniądze, a tu – w
Białowieży – nic.”
Trzeba
jednak przyznać, że jakiś cichy, niemal niesłyszalny głos
przemówił do osoby pana Pospiesznego. „Muszę poznać tego
Nieżubrzyka” – pomyślał.
***
5
dnia lutego Gienio (tak nazywano naszego bohatera w pracy; dodawano
jeszcze ksywkę „Pędziwiatr”, od nazwiska) wstał wcześnie, o
godzinie 5.00. Można pomyśleć: komu chciałoby się wstawać o
takiej godzinie na urlopie? Pospieszny był śpiochem, lecz t a m t e
g o ranka, powtarzam: wstał wcześniej. Dlaczego? Próżno szukać
odpowiedzi.
Ubrawszy
się, zszedł, a nie zjechał windą, jak zwykle; na dół, do
recepcji. Pracowała tam inna pani. Tym razem była to Halina
Toronto, czarnowłosa kobieta nosząca okulary. Jeszcze spała po
nocnej zmianie.
– Halo!
Szybko! – obudził ją Eugeniusz Pospieszny. Czuł, że każda
chwila się liczy.
–
Co
się dzieje? – zapytała pani Halina. – Czemu ludzie nie dają
się człowiekowi zdrzemnąć?!
–
Zaraz
będzie pani mogła spać do jutra, błagam tylko o załatwienie
jednej sprawy! – powiedział przymilnym, jakże innym od
codziennego szorstkiego, głosem. – Jedna sprawa!
–
O
co chodzi?
–
Ten
człowiek, jak on się nazywał… Pan Nieżubrzyk, zdaje mi się.
Kiedy on się tu pojawi?
–
Najwcześniej
o 8.30. A dlaczego się nim pan tak interesuje?
–
Hm…
Chciałem pójść na wycieczkę… Czy mogę się zapisać?
– Oczywiście.
Proszę bardzo – wskazała kartkę leżącą na blacie.
***
Po
9.30 wydarzenia potoczyły się szybko. Przyszedł pan Nieżubrzyk,
Pospieszny zameldował się u niego, doszły inne osoby; wyruszyli. W
puszczy przemierzyli dość spory odcinek. Droga wiodła przez
gąszcze, olsy i kurhany. Pan Eugeniusz czuł się wspaniale,
doskonale, cudownie. Nie wystarczy określeń dla tamtego stanu.
Serce biło mu szybko. Co chwilę stawał i fotografował drzewa,
zwierzęta, rzeczki, bagna, kamyki… Grupie udało się zaobserwować
niezwykle rzadkiego w Polsce dzięcioła trójpalczastego. Zbigniew
Nieżubrzyk, jak się później okazało, z wykształcenia biolog,
snuł fascynujące opowieści o otaczającej ich przyrodzie. Mówił
o Puszczy Białowieskiej, tłumaczył zasady działania ekosystemu…
A przy tym opowiedział kilka zabawnych anegdot i ciekawostek
historycznych. Podczas wyprawy nie było nawet czasu na złą myśl,
na złorzeczenie, przekleństwo… Wszystko stawało się lepsze,
bezpieczniejsze, milsze… Pan Eugeniusz nie mógł tego zrozumieć,
ale należy to głośno powiedzieć: Eugeniusz Pospieszny doświadczył
w Białowieży metamorfozy.
Powrót
okazał się nader ciekawy. Warszawiak cieszył się jak dziecko z
każdego, byle błahego powodu. Poczuł się jeszcze lepiej, niż w
trakcie pierwszych kroków w Parku Narodowym. I choć wszedł kilka
razy w błoto, to wcale się nie rozgniewał.
***
Zbliżał
się czas odjazdu. Zmieniony człowiek pożegnał się z pracownikami
hotelu i innymi gośćmi hotelowymi. I choć na początku denerwował
się, że w hotelu nie ma Internetu, to, mimo że nie udało się go
przywrócić w ciągu tygodnia, pan Eugeniusz nie gniewał się. Był
po prostu, co tu kryć, inny. Kiedy znów zaczął pracować w IBM,
wszyscy mówili, że się zmienił na lepsze. Odnosił się
kulturalnie do innych, nie krzyczał….
I
oto dobiegamy końca historii, zwanej Białowieską Metamorfozą.
©Jakub
Gutowski 2016
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz