Chciałbym w tym tekście
opowiedzieć trochę o ostatniej zielonej szkole, na której byliśmy w Sudetach, a
dokładniej w Górach Stołowych w Srebrnej Górze. Postaram się odpowiedzieć na
pytania tych koleżanek i kolegów, którzy nie mieli okazji korzystać z atrakcji
zielonej szkoły, a którzy pytają: „Gdzie byliście?”, „Czy się wam podobało?”,
„Co tam robiliście?” itp., itd.
Pierwszego dnia po ośmiogodzinnej podróży dotarliśmy do
celu, którym była Srebrna Góra w Górach Stołowych. Mieliśmy tylko krótką chwilę
na przyniesienie walizek do pokojów, aby jak najszybciej zebrać się na zajęcia
– czekała nas jeszcze wspinaczka.
Zajęcia odbywały się w pruskiej twierdzy Srebrna Góra. Była
to zabawa połączona z małą lekcją historii. Podzieliliśmy się na dwie drużyny,
pruską i francuską. Po wybraniu spośród siebie króla Fryderyka II Wielkiego, cesarza
Napoleona i ministrów skarbu rozpoczęliśmy grę. Grupa, która zbierze najwięcej
talarów, wygrywa. Oczywiście, drużyna francuska zdobyła więcej monet.
Po zakończeniu zabawy wybraliśmy się do donjonu. To miejsce
w twierdzy pełniące funkcje mieszkalne i obronne. Chodziliśmy po ciemnych
korytarzach i oglądaliśmy różne pomieszczenia. Na koniec mieliśmy okazję
zobaczyć (i usłyszeć!) strzał z armaty i XVIII-wiecznego pistoletu.
Po powrocie do hotelu zjedliśmy obiadokolację i poszliśmy do
pokojów. Chętni mogli jeszcze zostać i pośpiewać.
Drugiego dnia, po smacznym śniadaniu, wybraliśmy się do
Teplickich Skał w Czechach. Po drodze mogliśmy kupić coś w sklepie, ponieważ
podróż miała być dość długa. Granicę przekroczyliśmy tylko z legitymacjami
szkolnymi, nie zatrzymując się zresztą po drodze!
Stanęliśmy w pobliżu dużego lasu, gdzie nad wierzchołkami
drzew było widać wielkie skały. Po wejściu do niego byliśmy zachwyceni pięknem
tego miejsca. Przeciskaliśmy się między skałami, przechodziliśmy przez małe
mostki, a nawet raz widzieliśmy śnieg. Spacer trwał aż pięć godzin.
W drodze powrotnej mogliśmy skorzystać z czeskiego sklepu, w
którym wszyscy umieli mówić po polsku.
Po wyczerpującym spacerze z apetytem zjedliśmy kolację i
część poszła od razu myć się i spać. Dla chętnych była jeszcze dyskoteka.
Trzeci dzień był bardzo spokojny. Zwiedzaliśmy tylko
Podziemne Miasto w Osówce. Całe szczęście nie było długich spacerów, ponieważ
padał spory deszcz.
Po wejściu do podziemi poczuliśmy, jak jest tam zimno –
temperatura była znacznie niższa niż na zewnątrz. Znaleźliśmy się w
niedokończonej hitlerowskiej bazie, która prawdopodobnie miała być schronieniem
dla Hitlera lub miejscem produkcji pocisków rakietowych V-1 i V-2, które miały
pomóc Niemcom wygrać wojnę. Baza była tak skonstruowana, że mogłaby nawet
chronić przed bombą atomową. Jeden z tuneli był tak duży, że największy czołg
II wojny światowej, KoenigsTiger, mógłby tam swobodnie przejechać. W tym miejscu
wisiał nawet plakat przedstawiający go w skali 1:1 – był olbrzymi! By wybudować
bazę przywożono tu jeńców z obozu koncentracyjnego Gross - Rosen. Gdyby wojna trwała jeszcze rok, to baza
zostałaby w pełni zbudowana.
Po powrocie mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc czekała nas dodatkowa zabawa. Podzieliliśmy się na drużyny i malowaliśmy jedną osobę z grupy na wybrany
wzór roślinny lub zwierzęcy. Zwycięzcy mogli cieszyć się nagrodą w formie
pizzy.
Przedostatni dzień był pełen atrakcji. Byliśmy w parku
linowym, nieczynnej kopalni srebra, uzdrowisku w Polanicy-Zdroju, Kaplicy
Czaszek w Kudowie-Zdroju, bazylice pw. Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w
Wambierzycach i na zakupach w Biedronce:).
Do Kaplicy Czaszek część osób nie odważyła się wejść. Moim
zdaniem dużo straciły. Cała kaplica została zrobiona z kości XVIII-wiecznych
mieszkańców Kotliny Kłodzkiej dotkniętych epidemiami lub wojną. Na szczęście podłoga
nie była z kości. Nie wyobrażam sobie, że szczątki ludzkie gruchotałyby mi pod
nogami. Po zwiedzaniu kaplicy byliśmy w bazylice oraz uzdrowisku, w którym
piliśmy gazowaną wodę z kranu! Na koniec spotkała nas największa podczas całego
wyjazdu atrakcja, z której korzystają setki ludzi dziennie – sklep Biedronka!
Mogliśmy w niej kupić trochę jedzenia na następny dzień i podróż do domu.
Po powrocie można było jeszcze pójść na pizzę, jednak część
osób wolała się wyspać przed powrotem.
Następnego dnia po sytym śniadaniu i spakowaniu się
wyruszyliśmy do Warszawy, gdzie już czekali na nas rodzice.
Uważam tą zieloną szkołę za udaną. Chciałbym jeszcze
odwiedzić tą nieznaną mi część Polski, by dowiedzieć się o niej jeszcze więcej.
Radzę to też wam.
Maciej
Łyszkowski

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz