niedziela, 31 maja 2015

JAK BYŁO NA ZIELONEJ SZKOLE?



Chciałbym w tym tekście opowiedzieć trochę o ostatniej zielonej szkole, na której byliśmy w Sudetach, a dokładniej w Górach Stołowych w Srebrnej Górze. Postaram się odpowiedzieć na pytania tych koleżanek i kolegów, którzy nie mieli okazji korzystać z atrakcji zielonej szkoły, a którzy pytają: „Gdzie byliście?”, „Czy się wam podobało?”, „Co tam robiliście?” itp., itd.







         Pierwszego dnia po ośmiogodzinnej podróży dotarliśmy do celu, którym była Srebrna Góra w Górach Stołowych. Mieliśmy tylko krótką chwilę na przyniesienie walizek do pokojów, aby jak najszybciej zebrać się na zajęcia – czekała nas jeszcze wspinaczka.
         Zajęcia odbywały się w pruskiej twierdzy Srebrna Góra. Była to zabawa połączona z małą lekcją historii. Podzieliliśmy się na dwie drużyny, pruską i francuską. Po wybraniu spośród siebie króla Fryderyka II Wielkiego, cesarza Napoleona i ministrów skarbu rozpoczęliśmy grę. Grupa, która zbierze najwięcej talarów, wygrywa. Oczywiście, drużyna francuska zdobyła więcej monet.
         Po zakończeniu zabawy wybraliśmy się do donjonu. To miejsce w twierdzy pełniące funkcje mieszkalne i obronne. Chodziliśmy po ciemnych korytarzach i oglądaliśmy różne pomieszczenia. Na koniec mieliśmy okazję zobaczyć (i usłyszeć!) strzał z armaty i XVIII-wiecznego pistoletu.
         Po powrocie do hotelu zjedliśmy obiadokolację i poszliśmy do pokojów. Chętni mogli jeszcze zostać i pośpiewać.
         Drugiego dnia, po smacznym śniadaniu, wybraliśmy się do Teplickich Skał w Czechach. Po drodze mogliśmy kupić coś w sklepie, ponieważ podróż miała być dość długa. Granicę przekroczyliśmy tylko z legitymacjami szkolnymi, nie zatrzymując się zresztą po drodze!
         Stanęliśmy w pobliżu dużego lasu, gdzie nad wierzchołkami drzew było widać wielkie skały. Po wejściu do niego byliśmy zachwyceni pięknem tego miejsca. Przeciskaliśmy się między skałami, przechodziliśmy przez małe mostki, a nawet raz widzieliśmy śnieg. Spacer trwał aż pięć godzin.
         W drodze powrotnej mogliśmy skorzystać z czeskiego sklepu, w którym wszyscy umieli mówić po polsku.
         Po wyczerpującym spacerze z apetytem zjedliśmy kolację i część poszła od razu myć się i spać. Dla chętnych była jeszcze dyskoteka.
         Trzeci dzień był bardzo spokojny. Zwiedzaliśmy tylko Podziemne Miasto w Osówce. Całe szczęście nie było długich spacerów, ponieważ padał spory deszcz.
         Po wejściu do podziemi poczuliśmy, jak jest tam zimno – temperatura była znacznie niższa niż na zewnątrz. Znaleźliśmy się w niedokończonej hitlerowskiej bazie, która prawdopodobnie miała być schronieniem dla Hitlera lub miejscem produkcji pocisków rakietowych V-1 i V-2, które miały pomóc Niemcom wygrać wojnę. Baza była tak skonstruowana, że mogłaby nawet chronić przed bombą atomową. Jeden z tuneli był tak duży, że największy czołg II wojny światowej, KoenigsTiger, mógłby tam swobodnie przejechać. W tym miejscu wisiał nawet plakat przedstawiający go w skali 1:1 – był olbrzymi! By wybudować bazę przywożono tu jeńców z obozu koncentracyjnego Gross - Rosen. Gdyby wojna trwała jeszcze rok, to baza zostałaby w pełni zbudowana.
         Po powrocie mieliśmy jeszcze dużo czasu, więc czekała nas dodatkowa zabawa. Podzieliliśmy się na drużyny i malowaliśmy jedną osobę z grupy na wybrany wzór roślinny lub zwierzęcy. Zwycięzcy mogli cieszyć się nagrodą w formie pizzy.
         Przedostatni dzień był pełen atrakcji. Byliśmy w parku linowym, nieczynnej kopalni srebra, uzdrowisku w Polanicy-Zdroju, Kaplicy Czaszek w Kudowie-Zdroju, bazylice pw. Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny w Wambierzycach i na zakupach w Biedronce:).
         Do Kaplicy Czaszek część osób nie odważyła się wejść. Moim zdaniem dużo straciły. Cała kaplica została zrobiona z kości XVIII-wiecznych mieszkańców Kotliny Kłodzkiej dotkniętych epidemiami lub wojną. Na szczęście podłoga nie była z kości. Nie wyobrażam sobie, że szczątki ludzkie gruchotałyby mi pod nogami. Po zwiedzaniu kaplicy byliśmy w bazylice oraz uzdrowisku, w którym piliśmy gazowaną wodę z kranu! Na koniec spotkała nas największa podczas całego wyjazdu atrakcja, z której korzystają setki ludzi dziennie – sklep Biedronka! Mogliśmy w niej kupić trochę jedzenia na następny dzień i podróż do domu.
         Po powrocie można było jeszcze pójść na pizzę, jednak część osób wolała się wyspać przed powrotem.
         Następnego dnia po sytym śniadaniu i spakowaniu się wyruszyliśmy do Warszawy, gdzie już czekali na nas rodzice.
         Uważam tą zieloną szkołę za udaną. Chciałbym jeszcze odwiedzić tą nieznaną mi część Polski, by dowiedzieć się o niej jeszcze więcej. Radzę to też wam.
     
Maciej Łyszkowski
        

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz